Śląski ZPN

Wiesław Surlit odwiedził Śląsk jako przedstawiciel Koła Seniora Łódzkiego Związku Piłki Nożnej

13/04/2018 21:07

Wiesław Surlit choć swoje najlepsze lata kariery spędził w Szombierkach, zdobywając z bytomskim zespołem w 1980 roku tytuł mistrza Polski, piłkarsko czuje się związany z Łodzią.


Jako junior z macierzystego Włókniarza Zelów trafił bowiem do ŁKS, a z niego w czasie odbywania służby wojskowej przez Orła Łódź w 1972 roku dotarł do Legii Warszawa, w której zadebiutował w ekstraklasie i świętował zdobycie Pucharu Polski. Po powrocie do cywila został zawodnikiem Widzewa Łódź, z którym w 1975 roku wywalczył awans do najwyższej polskiej ligi, ale po trzech sezonach, w których w sumie rozegrał zaledwie 4 mecze postanowił zmienić klimat.

- Nie odpowiadała mi rola rezerwowego bramkarzem w Widzewie i zacząłem szukać nowego klubu – mówi Wiesław Surlit. - Zrezygnowałem więc z występów w łódzkim klubie, który będąc na obozie w Kokotku koło Lublińca rozegrał sparing z Szombierkami, które nie miały bramkarza. W pomeczowej rozmowie trenerów Hubert Kostka dowiedział się od Stefan Wrońskiego, że jestem wolny i postanowił ściągnąć mnie do Bytomia. Gdy usłyszałem w słuchawce propozycję gry od razu się zgodziłem i nigdy nie żałowałem tej decyzji.

- Który ze 159 meczów w bytomskich barwach najbardziej zapadł panu w pamięci?

- Było kilka spotkań, które na pewno były wyjątkowe. Zostałem mistrzem Polski, pieczętując tytuł w Łodzi, bezbramkowym remisem z ŁKS, a wyprzedziliśmy Widzew i Legię. Graliśmy w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych, eliminując w pierwszej rundzie Trabzonspor, bo porażce 1:2 w Turcji wygraliśmy u siebie 3:0, a w drugiej rundzie wyeliminował nas zespół CSKA Sofia. W następnym sezonie jako trzeci zespół ekstraklasy zagraliśmy natomiast w Pucharze UEFA i walczyliśmy z Feyenoordem, przegrywając 0:2 w Roterdami i remisując 1:1 u nas. Ustanowiłem klubowy rekord rozgrywając przez 5 sezonów wszystkie mecze od początku do końca, a wśród nich były derby z Polonią, czy niezapomniane spotkania z Górnikiem Zabrze. To co „odsiedziałem” w Widzewie zwróciło się z nawiązką. Dlatego czuję do Szombierek wielki sentyment, bo mogłem robić to tak bardzo chciałem robić jako bramkarz, czyli być na boisku i w dobrej, skonsolidowanej przez trenera drużynie osiągać sukcesy.

- Czy pozostały śląsko-łódzkie przyjaźnie?

- Oczywiście. Największa przyjaźń łączy mnie z ówczesnym trenerem Hubertem Kostką, z którym wywalczyliśmy mistrzostwo Polski. Bardzo bliski jest mi także kierownik zespołu Stasiu Cygan i Edziu Ambrosiewicz, który był moim rezerwowym. Pozostali koledzy z drużyny porozjeżdżali się po świecie, albo już nie żyją, bo ostatnio żegnaliśmy Stasia Bykowskiego i Bogusia Cygana, z którym utrzymywałem kontakt i zawsze na święta dzwoniliśmy do siebie i składaliśmy sobie życzenia. W tym roku już niestety nie zadzwonił...

- Czy przy okazji przyjazdów na pogrzeby przyszła panu do głowy myśl o nawiązaniu współpracy Koła Seniorów Łódzkiego Związku Piłki Nożnej z Klubem Seniora Śląskiego Związku Piłki Nożnej?

- W Kole Seniora w Łodzi jestem dopiero rok, ale mogę powiedzieć, że działa bardzo prężnie. Przewodniczący Mirosław Ossowski i wiceprzewodniczący są bardzo aktywni i często wyjeżdżamy, zwiedzamy. Klimat jest bardzo przyjazny i czuję się w tym nowym gronie coraz lepiej, a gdy nadarzyła się okazja spotkania z naszymi odpowiednikami w Śląskim Związku Piłki Nożnej przyjechałem z przyjemnością. Spotkaliśmy się z serdecznym przyjęciem i prezesa Henryka Kuli i przewodniczącego Klubu Seniora Alojzego Musioła oraz trenera Jacka Góralczyka. Powspominaliśmy i nawiązaliśmy współpracę. Niestety nie możemy skorzystać z zaproszenia na 1-majowy Piknik Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska, bo mamy już na ten dzień inne plany, ale z przyjemnością przyjedziemy na spotkanie w większym gronie, albo gościć będziemy byłych kolegów i rywali z boiska u nas.

- Czym się pan zajmuje obecnie?

- Jak na 69-latka przystało jestem na emeryturze. Oglądam mecze w telewizji, a szczególnie emocjonuję się gdy gra drużyna mojego ulubionego klubu czyli Barcelony. Na mecze Widzewa zaglądam rzadziej. Byłem na ostatnim meczu na starym stadionie oraz na otwarciu nowego obiektu i choć mieszkam w Łodzi to jakoś mi daleko...          

- Czy doczekał się pan kontynuatorów piłkarskich tradycji w rodzie Surlitów?

- Pierworodny syn też pokochał w piłkę. Witek ma już co prawda 43 lat, ale nadal jest bramkarzem i występuje w Unii Skierniewice, nadal czerpiąc z tego przyjemność. Drugi syn też grał, ale Darek był lewonożny więc występował na lewej pomocy, albo w ataku. Wyjechał jednak za granicę i mieszka w Holandii i tam też jeszcze sobie gra. Najwięcej sportowej radości daje mi jednak wnuczka, bo córka Witka, jest utalentowaną siatkarką. Ma 14 lat i dostała powołanie do kadry Polski w swoim roczniku. W minioną niedzielę razem z żoną miałem okazję zobaczyć ją w akcji w turnieju par, w którym zagrała... ze swoim tatą. Fajnie grała i serwowała i ścinała. Jak będzie się prawidłowo rozwijała to może będziemy musieli... przerzucić się z piłki nożnej na siatkową.

- Zostańmy jednak przy piłce nożnej. Jak pan ocenia obecnych bramkarzy reprezentacji Polski?

- Adaś Nawałka wykonał bardzo dobrą robotę i możemy być dumni z naszej drużyny narodowej. Biało-czerwoni tworzą zgrany zespół, któremu życzę bardzo dobrych wyników na mistrzostwach świata w Rosji. Cieszy mnie szczególnie to, że mamy znakomitych bramkarzy. I Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański to klasa światowa. Zazdroszczę im tego, że oni grają z orzełkiem na piersiach, bo ja tego szczęścia nie miałem. W czasach, w których grałem, było naprawdę wielu bardzo dobrych bramkarzy, z którymi nie udało mi się wygrać rywalizacji o miejsce w kadrze, a jaka to była kadra świadczy najlepiej fakt, że co cztery lata graliśmy w mistrzostwach świata odgrywając w nich znaczącą rolę. Adaś Nawałka też ma teraz w kadrze bardzo dobry materiał i życzę mu z całego serca, żeby nawiązał do tego co przeżywaliśmy w 1974 roku podczas mistrzostw świata w Niemczech i w 1982 roku w Hiszpanii, skąd wracaliśmy z medalami.